sobota, 30 października 2010

Lima cz. IV, czyli „przygoda”

Wczoraj postanowiliśmy z Kamilem jeszcze raz pojechać do centrum Limy. Chcieliśmy zobaczyć to, co pominęliśmy za pierwszym razem, zrobić więcej zdjęć i po raz ostatni nacieszyć oczy limańską (;D) starówką. W czasie spaceru po Plaza de Armas zaczepił nas pewien Peruwiańczyk, który, jak się później okazało, był muzykiem w pobliskim barze i grał w zespole razem z chłopakiem z Polski. Stwierdziliśmy, że spotkanie z rodakiem w Limie to bardzo miły sposób na popołudnie i obiecaliśmy Pedrowi (Peruwiańczykowi), że wpadniemy do jego baru.

piątek, 29 października 2010

Lima cz. III czyli transport w mieście

Przyjeżdżając do Limy mieliśmy w głowie bardzo europejskie podejście w kwestii transportu publicznego. W naszym mniemaniu władze dużego miasta, stolicy kraju na pewno zajmują się organizacją komunikacji miejskiej. Ustalają sieć autobusów, tramwajów, może nawet metra. Nic bardziej mylnego. W Limie króluje najczystszy kapitalizm i europejskie oczekiwania, co do utrzymywanych przez miasto linii tramwajowych i przystanków autobusowych, mogą nie zostać spełnione. Dla jednych to kapitalizm, dla innych totalny bałagan, gdzie brak centralnej, wiarygodnej informacji na temat możliwości przemieszczania się po mieście. Peruwiańczycy, przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy, jakoś sobie radzą. Co jednak ma zrobić biedny turysta zza oceanu?

czwartek, 28 października 2010

Lima cz. II czyli Centro Histórico

Ten wpis sponsorują: literka S jak Skrajności, liczba 3 jak 3 sole za colectivo oraz Francisco Pizarro ;)

Niskobudżetowość naszego wyjazdu motywuje do wyszukiwania najtańszych rozwiązań. Jeśli chodzi o transport najbardziej atrakcyjną opcją jest tzw. podejście "z buta". Niestety, ta metoda ma swoje ograniczenia. Dlatego też do centrum Limy (oddalonego  o 12 km od Barranco) postanowiliśmy dostać się "po peruwiańsku", to jest korzystając z colectivo. Koncepcja colectivo polega na tym, że osoby prywatne w prywatnych samochodach wożą po Limie wszystkich chętnych (i odważnych) za niewielką opłatą. W Limie ta opłata wynosi 3 sole/os (ok. 3 zł).  Dodatkową atrakcją jest towarzyszący takim przejażdżkom dreszczyk emocji...Otwarte szyby, zimny łokieć, wiatr we włosach, muzyka na full, itd. a ty się zastanawiasz jakie są szanse, że samochód nie "rozkraczy się" na środku drogi i dowiezie cię tam, gdzie chcesz. ;) (Auta w Peru są w takim stanie, że pewnie w Europie państwo dopłaciłoby właścicielom, żeby tylko się ich pozbyli.) Na szczęście, nic nam po drodze nie odpadło i szczęśliwie dojechaliśmy do centrum.

wtorek, 26 października 2010

Lima cz. I czyli… ¿Qué pasa compadre?

24 października anno domini 2010 nasze blade, europejskie stopy stanęły na peruwiańskiej ziemi. Od samego początku czuliśmy się bardzo egzotyczni (jak Hindus w Golubiu). Patrzyli na nas wszyscy, patrzą do tej pory, kiedy spacerujemy ulicami Barranco i zapewne patrzeć będą nadal, nawet jeśli trochę się opalimy, bo i tak przy Peruwiańczykach wciąż będziemy żenująco biali :).

poniedziałek, 25 października 2010

Londyn

Z racji jednego wolnego dnia w Londynie, który miał być tylko "dniem przed wyjazdem" udało nam się zwiedzić całkiem sporą część miasta.