sobota, 30 października 2010

Lima cz. IV, czyli „przygoda”

Wczoraj postanowiliśmy z Kamilem jeszcze raz pojechać do centrum Limy. Chcieliśmy zobaczyć to, co pominęliśmy za pierwszym razem, zrobić więcej zdjęć i po raz ostatni nacieszyć oczy limańską (;D) starówką. W czasie spaceru po Plaza de Armas zaczepił nas pewien Peruwiańczyk, który, jak się później okazało, był muzykiem w pobliskim barze i grał w zespole razem z chłopakiem z Polski. Stwierdziliśmy, że spotkanie z rodakiem w Limie to bardzo miły sposób na popołudnie i obiecaliśmy Pedrowi (Peruwiańczykowi), że wpadniemy do jego baru.



Ok. godziny 16 dotarliśmy do Rusitbaru. Czekał tam na nas Pedro z siostrą Aną. Na wejściu dostaliśmy tradycyjne peruwiańskie drinki, tj. pisco sour. Atmosfera była przednia. Pedro opowiadał, że dzięki znajomości z Polakiem jego zespół został zaproszony do Polski na czteromiesięczny kontrakt. Alkohol powoli zaczynał działać, impreza się rozkręcała, robiliśmy sobie wspólne zdjęcia, dogadywaliśmy się z Pedrem i Aną, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Tańczyli z nami salsę, prawili komplementy, np. że wyglądamy jak barbie i ken!!!! :DDDD Zamówili też dla nas lomo de alpaca, tj. danie z mięsa alpaki. Jak już pojedliśmy i popiliśmy w tej przemiłej atmosferze, stwierdziliśmy, że czas wracać do hostelu. Była godzina 20:00...

Wtedy kelner przyniósł rachunek, który opiewał na kwotę 430 złotych! Wyobrażacie sobie minę Kamila i moją, kiedy to zobaczyliśmy? Oczywiście, żadne z nas nie wzięło rachunku do ręki. Nagle zdaliśmy sobie sprawę, co jest grane. Grupa w składzie: Pedro, Ana, kelner i kelnerka zarabiają na życie oszukując turystów z zagranicy, naciągając ich na absurdalne kwoty. Ale, kochani, nie lękajcie się. Wyszliśmy z tego z k(l)asą. ;) Po prostu, jesteśmy zbyt biedni, żeby dać się oszukać. ;) Staliśmy więc na środku baru: peruwiańscy oszuści i my. I wtedy pobiłam rekord w ilości słów po hiszpańsku wypowiedzianych w ciągu minuty. Jechałam po całości: po ambasadach, policji, więzieniu, oszustwach i jego konsekwencjach, itd, itd. Na koniec daliśmy im 60 złotych, zapewniając, że to nasze ostatnie pieniądze i wyszliśmy.  Zaczęliśmy się  też zastanawiać, czy cokolwiek z tego co nam powiedziano było prawdą.

A już po wyjściu z baru Kamil wyciągnął z majtek kolejne 20 złotych, co byśmy mieli na transport do hostelu. Cena, którą zapłaciliśmy za naszą naiwność nie była wygórowana, biorąc pod uwagę jak mogło się to skończyć. O ile jednak my zakończyliśmy dzień całkiem pozytywnie, to Ana i Pedro nie mieli powodów do zadowolenia. Jeśli to jest ich sposób na zdobywanie pieniędzy, to wczoraj, ciężko harując przez 4 godziny, nie zarobili właściwie NIC.

Ania









Wyświetl większą mapę

6 komentarzy:

  1. Kochani, jak czytam Wasze wiadomości to czasami mam wrażenie, że jestem z Wami, a chciałabym bardzo. Ściskam i życzę niezapomnianych wrażeń! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kamil trzeba było sklepać tych typów jak robili problemy ;p pozdr!

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie. Zapomniałem, że mogłem ich sklepać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo!Niech wiedzą że nie z nami te numery.
    Jesteśmy dumni z RODAKÓW!!!!!!
    Tak trzymajcie

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedys, moze po paru piwach, opowiem Wam o mojej podobnej przygodzie w Hawanie, bo na trzezwo to mi jakos glupio ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niedawno dołączyliśmy do grupy śledzącej wasze pszygody i jesteśmy pod wrażeniem tego co was spotyka. Apropo tego co napisał Dawid, Kamil mógł tam zrobić porządek ale z drugiej strony po co brudzić sobie rączki skoro ma sie przy sobie tak operatywną kobietke :):P. Szacuneczek pozdrowionka z wąbrzeźna

    OdpowiedzUsuń