sobota, 4 grudnia 2010

Jak się przedostać z Cordoby do Santiago

Podczas pobytu w Ameryce Południowej musieliśmy się trochę poprzemieszczać. Ograniczyliśmy transport lotniczy do minimum, gdyż choć wygodny i szybki to jednak drogi. W związku z tym wybraliśmy transport autobusowy. Nie było wygodnie, nie było szybko, ale było ekonomiczniej. Ostatni odcinek z Cordoby do Santiago miał wyglądać tak samo. Na mapie odległość między tymi dwoma miastami nie wyglądała szczególnie imponująco – dzieliły nas tylko Andy. Ale my już wiemy, co to znaczy „jechać przez Andy” i nie bardzo chcieliśmy to powtórzyć. Dodatkowo całej trasy nie można było pokonać za jednym razem i konieczna była przesiadka w Mendozie. Przez to całkowita podróż byłaby jak papier toaletowy: długa, szara i do d..., a do tego niekoniecznie tania



Po przeliczeniu zysków i strat, stwierdziliśmy, że nie chcemy ponownie „jechać przez Andy”. Tu jednak pojawił się problem: trasa lotnicza Cordoba – Santiago obsługiwana jest przez jedną linię lotniczą LAN, która nie jest tania. Bezpośredni lot kosztuje 400 dolarów od osoby. Na szczęście Ameryka Południowa ma, tak jak Europa, tanie linie. Są nimi narodowe linie urugwajskie (PLUNA). I tak żeby dostać się z Argentyny do Chile polecieliśmy przez Urugwaj za jedyne 160 dolarów, a cała podróż trwała kilka godzin.

Po raz pierwszy mieliśmy okazję lecieć samolotami typu Bombardier, które bardzo nam się spodobały. Może dlatego że były nowe i uroczo małe. W Urugwaju spędziliśmy kilka miłych godzin na bardzo ładnym lotnisku w Montevideo. Niestety nie przekroczyliśmy granicy Urugwaju i nie mamy pieczątek w paszportach. Mimo że Montevideo znajduje się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires, to jednak jest tam inna strefa czasowa (Urugwajczycy nie uznają czasu letniego). Nie będąc tego świadomi prawie przegapiliśmy nasz lot!

Jako, że rozpoczęliśmy ten wpis od ekonomicznych dywagacji, to zakończymy go finansowym posłowiem. Banknoty w Argentynie są w bardzo złym stanie brudne, brzydkie i poszarpane. Nawiązując do tego, nasza znajoma Argentynka opowiedziała mrożącą krew w żyłach historię ze swojego dzieciństwa. Sporo lat temu, będąc dzieckiem, otrzymała ona wspaniały banknot pięćdziesięciopesowy i wybrała się na zakupy. Jednak w zakupowym szale (ach te kobiety!) przedarła banknot na pół. Zrozpaczona, że będzie musiała czekać do kolejnych świąt na kolejne 50 peso, rozpłakała się przy pani w sklepie. Na szczęście ekspedientka pocieszyła ją mówiąc: „Nie płacz dziecko, mam tutaj taśmę klejącą” i nie robiąc problemu przyjęła banknot w dwóch częściach. Niestety pieniądze w takim stanie krążą w Argentynie do dziś.

Kamil






Pełny ekran

5 komentarzy:

  1. Hej, hej! U nas teraz też nie jest łatwo z transportem. Droga z domu do pracy (19 km) trwa nawet ponad 2 h. Jest bardzo zimowo, dlatego zamieszczajcie fotki z ciepłych miejsc to od razu zrobi nam się cieplej. Dużo buziaków od wszystkich!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu nie wiem czy udało się Wam dotrzeć do tego Santiago de Chile? Strasznie zamieszaliscie w tej relacji. Może tak chociaż jedno zdjęcie byście zamieścili, bo nie uwierzymy. Chociaż w Świetego Mikołaja wierzymy. Dzisiaj był w Dobrzejewicach i chyba do Santiago też dotarł?! Całuję

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm, może Was zaskoczę, ale w czasach mojego dzieciństwa, klejenie porwanych banknotów taśma klejącą należało do rytuału codziennego (kiepska jakość papieru na jakim drukowane były pieniądze). Sam kleiłem przerwane banknoty wielokrotnie i jakby nie zakładałem opcji, że ktoś w sklepie mógłby taki banknot zakwestionować. Zasada była taka, że ma być widoczny numer i seria banknotu. Reszta mogła być poklejona i pozasłaniana taśma klejącą (niekoniecznie przezroczystą) ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kamyk wpatrzony w laptoczycę, nic dziwnego, ze samolot by go przegapil

    OdpowiedzUsuń
  5. @Iwona
    Akurat wtedy obydwoje byliśmy wpatrzeni w laptoczycę ;)

    OdpowiedzUsuń