W Santiago jest dużo parków i terenów zielonych, gdzie przesiadują hordy Chilijczyków. Główną parkową aktywnością jest tutaj całowanie się, a jeśli akurat nie mamy nikogo do pary to możemy ćwiczyć w parkowych siłowniach, biegać, spacerować, jeść lunch na trawie, itp. Zgodnie z tym, co usłyszeliśmy przyjęcie zaproszenia na spotkanie w parku stanowi zgodę na ewentualne pieszczoty... :D
Parkiem w Santiago, który urzekł nas najbardziej jest park Świętej Łucji (Parque de Santa Lucia). Na początku w miejscu obecnego parku okoliczni mieszkańcy składowali śmieci. W pewnym momencie jednak smród z wysypiska był na tyle nie do wytrzymania, że postanowiono coś z tym zrobić. W związku z tym górę śmieci zabetonowano i urządzono na niej park. Obecnie znajdziemy tam piękną roślinność, kościółek, bibliotekę, kilka uroczych fontann i ogromną ilość ścieżek, których przemierzanie sprawa niesamowitą frajdę.
Kolejnym uwielbianym przez Chilijczyków parkiem jest Parque Metropolitano, który znajduje się na wzgórzu Świętego Krzysztofa (Cerro San Cristobal). Wybraliśmy się tam z Kamilem w niedzielę, czyli w najbardziej oblegany dzień. Na szczycie wzgórza znajduje się sporych rozmiarów posąg Matki Boskiej, który góruje nad Santiago. Jest to miejsce codziennych pielgrzymek mieszkańców miasta, nie tylko w celach religijnych. Wejście na szczyt może zmęczyć, dlatego też dbający o formę mieszkańcy stolicy przychodzą tu biegać lub jeździć na rowerze. My, ludzie bez kondycji, byliśmy tam tylko raz, i wystarczyło. Całe wzgórze jest tak zagospodarowane, aby można tam było spędzić dzień i się nie nudzić. My odwiedziliśmy m.in. salę koncertową, ogród botaniczny i ogród japoński, ale atrakcji jest znacznie więcej, np. ZOO, baseny, siłownie, tereny piknikowe czy place zabaw.
Żeby lepiej poznać klimat miasta zaproponowano nam odwiedzenie kilku kawiarni. Z pierwszego zaproszenia zrezygnowaliśmy (chociaż Kamil był chętny!). Cafe Haiti została pierwotnie stworzona dla zestresowanych chilijskich biznesmenów, którzy mogli się tu odprężyć przy filiżance cafe con leche (z hiszp. kawie z mlekiem) lub cafe con legs (z ang-hiszp. kawie z nogami), tj. podanej przez kuso ubraną panią z dłuuuugimi nogami. Kawa z nogami była sposobem na wyróżnienie się pośród innych kawiarni; pomysł ciekawy i skuteczny, o czym świadczą wciąż obecne w Santiago liczne kawiarniane tej sieci.
Kawiarnia, do której dotarliśmy, to Emporio la Rosa, słynąca z nietypowych smaków lodów. Naturalnie postanowiliśmy zaszaleć. Spróbowaliśmy zielonej herbaty z mango, truskawki z miętą oraz banana z miodem palmowym. Oczywiście były także standardowe smaki, ale zostawiliśmy je amerykańskim turystom.
Jednym z ostatnich miejsc, które bardzo nam się spodobało, było muzeum poety Pabla Nerudy. Jak się okazało, ten Chilijski noblista miał sporo wspólnego z Polską. Jako zagorzały komunista często bywał w naszym kraju i ma w swoim domu sporo pamiątek z tych i wielu, wielu innych podróży. Dom, w którym znajduje się muzeum, jest jednym z trzech, które należały do poety. Został on zbudowany w 1952 roku i miał być miejscem spotkań Pabla i jego kochanki Matilde Urrutia, która później została jego trzecią żoną. Konstrukcja domu nawiązuje do budowy statku, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Mamy więc tutaj mostek kapitański, pokoje przypominające kajuty, meble jak ze statku i wiele elementów dekoracyjnych nawiązujących do motywu statku. W jednym z pokoi jest nawet nierówna podłoga, stworzona celowo, aby chodzenie po niej imitowało poruszanie się po kołysanym falami statku. W tym samym pokoju znajdowała się czytelnia Pabla. Siadywał tam w skórzanym fotelu i zagłębiał się w lekturze. W razie, gdyby coś rozproszyło jego uwagę, miał na przeciwko obraz przedstawiający portugalską arystokratkę w średnim wieku z obfitym wąsem. Portret pochodzi z XVIII wieku, a w owych czasach panie z bogatych rodów przez zapuszczone wąsy pokazywały swe nobliwe pochodzenie. Zarost pod nosem był tym, co odróżniało Europejki od rdzennych mieszkanek Ameryki Południowej. Pablo, świadom tego co zobaczy kiedy przerwie lekturę i podniesie głowę, wolał dokończyć tę... cholerną, nudną książkę!
Ania
Wyświetl większą mapę
A ja sobie zjadlem krate toffifee...
OdpowiedzUsuńDobrze że wydostaliście z tej Argentyny ,przynajmniej zobaczycie sale koncertowe ,ogrody botaniczne ,place zabaw itp. obiekty :>
OdpowiedzUsuńmlody Ty masz znowu nowy kapelusz
OdpowiedzUsuńhmm, fajnie. A można było chociaż zaproponować: Tomek, nie pojechałbyś z nami???? :P
OdpowiedzUsuń