Nasza wesoła grupa, oprócz tego, że bardzo młodzieżowa, była szalenie sprawna, doświadczona i świetnie wyposażona. Standardem były: markowy sprzęt kempingowy i ciuchy z najwyższej półki. Gimnazjalna bluza Kamila i moje sprane dżinsy stanowiły największą ekstrawagancję wycieczki.
Pierwszego dnia posmakowaliśmy trudów górskich wędrówek. Po ciężkim dniu, jako ostatni, ale o własnych siłach, dotarliśmy do pierwszego obozu. Nie spodziewaliśmy się, że będzie nam tak ciężko i troszkę podłamani ze strachem wyczekiwaliśmy drugiego, znacznie cięższego dnia. Czekały nas dwa szalone podejścia i zejścia po stromych, kamiennych schodach. Aby trochę ułatwić sobie sprawę wynajęliśmy na ten dzień tragarza, który niósł nasze najcięższe rzeczy.
O ile na podejściach znowu znajdowaliśmy się na końcu stawki, o tyle przy zejściach trzymaliśmy wysoki poziom ;). I tak drugi dzień okazał się przełomem w naszej krótkiej karierze wspinaczkowej. Pokonaliśmy wszystkie podejścia i wszystkie zejścia... aż zaczęło nam się podobać. Najważniejsze było to, że małymi kroczkami udało nam się pokonać nie łatwy fragment trasy. Kilka osób z naszej ekipy narzuciło sobie zbyt duże tempo i pochorowało się tego samego dnia. Soroche dało o sobie znać w paskudnej formie. My na szczęście jakoś się uchowaliśmy.
Ze względu na ogólnie słabszą formę w grupie cały trzeci dzień był dosyć smętny. Główna część trasy biegła przez las deszczowy w związku z czym liczyłam na stada koliberków pozujących do zdjęć na tle setek gatunków kolorowych orchidei. Teraz wiem, że koliberki to chwyt marketingowy agencji organizujących Inca Trail.
Czwartego dnia wstaliśmy o 3:30, aby jak najszybciej dotrzeć na Machu Picchu. Razem z nami o tej godzinie wyruszyło kilka innych grup idących w tym samym kierunku. Czekały nas dwie godziny wędrówki w tym osławiony The Gringo Killer – kilkadziesiąt bardzo stromych schodów (tak stromych, że wchodzenie przypominało wchodzenie po drabinie). To strome podejście w znaczny sposób zmieniło kolejność grup ścigających się do Bramy Słońca, byliśmy jednak w czołówce. Po obowiązkowej sesji fotograficznej zeszliśmy powoli do Machu Picchu. O ile w trakcie całego Inca Trailu byliśmy zachwyceni niewielką liczbą turystów na trasie, o tyle w samym Machu Picchu było ich setki, a może i tysiące. Nie umniejszało to jednak piękna inkaskiego miasta.
Nasza wyprawa została zorganizowana przez agencję Llamapath, którą ze spokojnym sumieniem możemy polecić. Przewodnicy znali się na swoim fachu i w krytycznych momentach zachowywali zimną krew. Jedzenie przygotowywane przez kucharza było bardzo dobre i dorównywało nawet posiłkom w restauracjach. Cała wyprawa nie byłaby możliwa bez „armi” tragarzy, którzy towarzyszyli nam przez całą trasę. To prości ludzie z okolicznych andyjskich wiosek, którzy nosząc bagaże w czasie traili zarabiają pieniądze. Od urodzenia przystosowani do biegania po górach, bez problemu nosili 25 kg ładunki. W tym przede wszystkim nasze namioty oraz ekwipunek niezbędny do przygotowywania posiłków. Pomimo takiego obciążenia zawstydzali nas swoją szybkością.
Ania
Wyświetl większą mapę
Pierwszy :) biorę się za czytanie...
OdpowiedzUsuńZastanawiam się czy niepowinniście opisywać Swoje dzieje chociaż 2 razy dziennie.Lektura super.Ponownie pokazaliście że z Polakami trzeba się liczyć.Nie ważne jak było na początku ale koniec się liczy.
OdpowiedzUsuńJacy wygodni, sami sobie rzeczy niesc nie maga tylko jakichs biednych ludzi wynajmuja do targania ich klamotów ;p Oczywiscie zartuje, bez tych ziomow było by hardcorowo wchodzic z całym ekwipunkiem na plecach ludziom bez kondycji-czyli wam xD Dobre zdjecia
OdpowiedzUsuńZaraz zaraz, tzn. że tam nie ma windy i ruchomych schodów dla turystów????? Przecież miałem tam jechać ;P
OdpowiedzUsuń@Tomek:
OdpowiedzUsuńNie martw się! Jest opcja dla leniwców i posuniętych wiekowo. ;D Można podjechać pociągiem do Aguas Calientes, a potem autobusem praktycznie pod same Machu Picchu. Zostaje jakieś 15 minut do przejścia.
[...] podobny sposób zgodzimy się podróżować za co najmniej 40 lat. Brakowało nam potu i adrenaliny Inca Trailu. Niemniej jednak urzekł nas jeden kościół znajdujący się w zabitej dechami wiosce o nazwie [...]
OdpowiedzUsuń[...] (Valle de los Cactuses). Trasa wymagała pewnej sprawności fizycznej (ale cóż to dla nas po Inca Trailu ). Na potwierdzenie tych słów dodamy, że dwie osoby (w tym jeden z przewodników) skąpały [...]
OdpowiedzUsuń