środa, 10 listopada 2010

Inca Trail

Pokonaliśmy nasze słabości! Zrzuciliśmy boczki! Udało nam się przetrwać Inca Trail i dotrzeć na Machu Picchu. Nie było łatwo. Brakowało nam kondycji, doświadczenia w chodzeniu po górach, a przede wszystkim wiary w siebie.



Nasza wesoła grupa, oprócz tego, że bardzo młodzieżowa, była szalenie sprawna, doświadczona i świetnie wyposażona. Standardem były: markowy sprzęt kempingowy i ciuchy z najwyższej półki. Gimnazjalna bluza Kamila i moje sprane dżinsy stanowiły największą ekstrawagancję wycieczki.

Pierwszego dnia posmakowaliśmy trudów górskich wędrówek. Po ciężkim dniu, jako ostatni, ale o własnych siłach, dotarliśmy do pierwszego obozu. Nie spodziewaliśmy się, że będzie nam tak ciężko i troszkę podłamani ze strachem wyczekiwaliśmy drugiego, znacznie cięższego dnia. Czekały nas dwa szalone podejścia i zejścia po stromych, kamiennych schodach. Aby trochę ułatwić sobie sprawę wynajęliśmy na ten dzień tragarza, który niósł nasze najcięższe rzeczy.

O ile na podejściach znowu znajdowaliśmy się na końcu stawki, o tyle przy zejściach trzymaliśmy wysoki poziom ;). I tak drugi dzień okazał się przełomem w naszej krótkiej karierze wspinaczkowej. Pokonaliśmy wszystkie podejścia i wszystkie zejścia... aż zaczęło nam się podobać. Najważniejsze było to, że małymi kroczkami udało nam się pokonać nie łatwy fragment trasy. Kilka osób z naszej ekipy narzuciło sobie zbyt duże tempo i pochorowało się tego samego dnia. Soroche dało o sobie znać w paskudnej formie. My na szczęście jakoś się uchowaliśmy.

Ze względu na ogólnie słabszą formę w grupie cały trzeci dzień był dosyć smętny. Główna część trasy biegła przez las deszczowy w związku z czym liczyłam na stada koliberków pozujących do zdjęć na tle setek gatunków kolorowych orchidei. Teraz wiem, że koliberki to chwyt marketingowy agencji organizujących Inca Trail.

Czwartego dnia wstaliśmy o 3:30, aby jak najszybciej dotrzeć na Machu Picchu. Razem z nami o tej godzinie wyruszyło kilka innych grup idących w tym samym kierunku. Czekały nas dwie godziny wędrówki w tym osławiony The Gringo Killer – kilkadziesiąt bardzo stromych schodów (tak stromych, że wchodzenie przypominało wchodzenie po drabinie). To strome podejście w znaczny sposób zmieniło kolejność grup ścigających się do Bramy Słońca, byliśmy jednak w czołówce. Po obowiązkowej sesji fotograficznej zeszliśmy powoli do Machu Picchu. O ile w trakcie całego Inca Trailu byliśmy zachwyceni niewielką liczbą turystów na trasie, o tyle w samym Machu Picchu było ich setki, a może i tysiące. Nie umniejszało to jednak piękna inkaskiego miasta.

Nasza wyprawa została zorganizowana przez agencję Llamapath, którą ze spokojnym sumieniem możemy polecić. Przewodnicy znali się na swoim fachu i w krytycznych momentach zachowywali zimną krew. Jedzenie przygotowywane przez kucharza było bardzo dobre i dorównywało nawet posiłkom w restauracjach. Cała wyprawa nie byłaby możliwa bez „armi” tragarzy, którzy towarzyszyli nam przez całą trasę. To prości ludzie z okolicznych andyjskich wiosek, którzy nosząc bagaże w czasie traili zarabiają pieniądze. Od urodzenia przystosowani do biegania po górach, bez problemu nosili 25 kg ładunki. W tym przede wszystkim nasze namioty oraz ekwipunek niezbędny do przygotowywania posiłków. Pomimo takiego obciążenia zawstydzali nas swoją szybkością.

Ania












Wyświetl większą mapę

7 komentarzy:

  1. Pierwszy :) biorę się za czytanie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawiam się czy niepowinniście opisywać Swoje dzieje chociaż 2 razy dziennie.Lektura super.Ponownie pokazaliście że z Polakami trzeba się liczyć.Nie ważne jak było na początku ale koniec się liczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacy wygodni, sami sobie rzeczy niesc nie maga tylko jakichs biednych ludzi wynajmuja do targania ich klamotów ;p Oczywiscie zartuje, bez tych ziomow było by hardcorowo wchodzic z całym ekwipunkiem na plecach ludziom bez kondycji-czyli wam xD Dobre zdjecia

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaraz zaraz, tzn. że tam nie ma windy i ruchomych schodów dla turystów????? Przecież miałem tam jechać ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. @Tomek:
    Nie martw się! Jest opcja dla leniwców i posuniętych wiekowo. ;D Można podjechać pociągiem do Aguas Calientes, a potem autobusem praktycznie pod same Machu Picchu. Zostaje jakieś 15 minut do przejścia.

    OdpowiedzUsuń
  6. [...] podobny sposób zgodzimy się podróżować za co najmniej 40 lat. Brakowało nam potu i adrenaliny Inca Trailu. Niemniej jednak urzekł nas jeden kościół znajdujący się w zabitej dechami wiosce o nazwie [...]

    OdpowiedzUsuń
  7. [...] (Valle de los Cactuses). Trasa wymagała pewnej sprawności fizycznej (ale cóż to dla nas po Inca Trailu ). Na potwierdzenie tych słów dodamy, że dwie osoby (w tym jeden z przewodników) skąpały [...]

    OdpowiedzUsuń