Obyczaje wioskowe i nie tylko...
Część Fidżyjczyków mieszka w dużych miastach, takich jak Suva (stolica), Nadi czy Sigatoka. Część mieszka w wioskach i dojeżdża do pracy do miast, a część mieszka w wioskach i spędza tam całe dnie, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Na czele wioski stoi szef. Wizyta w wiosce jest możliwa pod warunkiem, że przyniesiemy prezent, tzw. sevusevu, który zostanie zaakceptowany. Sevusevu to najczęściej korzenie pewnej rośliny, z których przyrządza się fidżyjski, narkotyczny napój kava. Rytuał picia kavy to jedno z ulubionych zajęć Fidżyjczyków. Siedzą nad nią godzinami i po tym jak wyglądają faktycznie można dojść do wniosku, że kava działa jak narkotyk. Mieliśmy okazję posmakować tego „rarytasu”, Kamil polubił, dla mnie było to jak picie wody z piachem; wizji nie mieliśmy.
Magiczne słowo
Jeśli chodzi o ciekawostki kulturowo-językowe, to bardzo polubiliśmy słowo kerekere. To magiczne słówko, które po fidżyjsku znaczy "proszę"ma niesamowite właściwości. Podobno jeśli ktoś zakończy dowolną prośbę kerekere, nie można mu odmówić! I tak np. wyobraźmy sobie Fidżyjczyka, który przychodzi do sklepu w swojej wiosce i mówi: „Poproszę litr mleka i kilo ziemniaków, kerekere”. Sprzedawca nie może odmówić. Musi dać klientowi litr mleka i kilo ziemniaków za darmo... Przez kerekere w tradycyjnych fidżyjskich wioskach nie ma sklepów. My jeszcze nie próbowaliśmy techniki kerekere, ale może jutro w drodze na lotnisko zapytamy taksówkarza czy podwózkę mamy za darmo, kerekere? ;)
Fidżyjczycy
W resortach, hotelach, hostelach, restauracjach, barach i sklepach pracuje cała masa Fidżyjczyków. Czasem mieliśmy wrażenie, że połowa z nich jest tam tylko po to, żeby zabawiać rozmową tych, którzy faktycznie pracują. W Mango Bay, za barem często stały 4 osoby, a kolejka ciągnęła się metrami. Dlaczego? Otóż, tylko jedna osoba była odpowiedzialna za robienie drinków, zadaniem drugiej było ich podawanie, a trzecia i czwarta rozmawiały ze sobą. Ot, Fidżi. Z naszych pobieżnych obserwacji wynika, że kolejnym ulubionym zajęciem Fidżyjczyków, oprócz picia kavy, jest leżenie pod palmą, a obowiązujący tu czas to tzw. Fijian Time, czyli bezczas. Jeśli coś jest zaplanowane na 10:00, to zapewne zacznie się o 11:00, jeszcze później lub w ogóle. Na początku nas to bawiło, po kilku razach irytowało, a na koniec sami zaczęliśmy żyć trochę wg Fijian Time. Miejmy nadzieję, że nie przegapimy jutro lotu do Sydney.
Coś bym wam jeszcze napisała, ale pierwszy raz od tygodnia mamy piękną pogodę więc lecę na leżak łapać ostatnie promienie fidżyjskiego słońca!
Ania
Wyświetl większą mapę
lecę do sklepu po jakieś samoopalacze:-)Ściskamy Was! Miliony buziaków:-)oczywiście od całej rodzinki:-)
OdpowiedzUsuńKerekere o zdjęcia. :)Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńHello Kreizole !!!
OdpowiedzUsuńPrzepraszamy, że dopiero teraz piszemy ale to nie znaczy, że nie śledzimy waszej podróży wręcz przeciwnie.
Dotarła upragnina kartka z Nowej Zelandii. Bardzo dziękujemy i czekamy z niecierpliwością na wasz powrót i opowieści oraz zdjęcia z wami u boku.
Pa Pa. JJOM
Raj, raj, raj - ech co za klimaty :)
OdpowiedzUsuńNie dajcie się się powodzi w Australii i napiszcie cokolwiek, bo od tygodnia cisza na Waszym blogu. Pozdrawiamy
OdpowiedzUsuńSiostra masz pozdrowienia od Łukasza z Natana
OdpowiedzUsuń