Ten mrożący krew w żyłach tytuł, niczym z taniego horroru, jest przedsmakiem opisu naszych lodowatych przygód. W mieście takim jak Singapur, gdzie minimalna temperatura w ciągu roku to 26 stopni, na brak ciepła ciężko narzekać. A nam się to jednak udało!
Sam Singapur nie ma żadnej sieci ciepłowniczej, centralnego ogrzewania czy kotłownii. Ludzie zamiast piecyków, szukają w sklepach raczej klimatyzatorów. My jednak mieliśmy problem z niedoborem ciepła. Co jak co, ale fajnie jest się wykąpać w wodzie o temperaturze nieco wyższej niż ta z niebieskiego kurka. Z racji wspomnianego wcześniej braku centralnego ogrzewania, wodę tutaj ogrzewa się tylko na bieżące potrzeby przy pomocy boilerów.
Jednak zanim wejdzie się pod prysznic, trzeba wcześniej taki bolier włączyć. I tak w pierwszym hostelu włącznik znaleźliśmy przy drzwiach obok włącznika światła, niestety wcześniej zaliczyliśmy już zimny prysznic. W drugim hostelu, włącznik do boliera był gdzieś na korytarzu pomiędzy głównymi wyłącznikami prądu i świateł. W mieszkaniu znajomej problemu ze znalezieniem kontrolera do boilera nie mieliśmy, niestety tym razem nie był sprawny. Ostatnią noc w Singapurze spędzaliśmy w hotelu. Po raz kolejny nie mogąc znaleźć boilera byłem na tyle zdeterminowany żeby zapytać w recepcji jak włączyć tą cholerną ciepłą wodę. W odpowiedzi usłyszałem, że "wystarczy odkręcić czerwony kurek, ale jeśli nie potrafię sobie z tym poradzić, to ktoś z obsługi może osobiście zaprezentować", okazało się, że akurat tu boiler był włączony automatycznie...
I tak po tygodniu spędzonym w Singapurze doświadzczyliśmy zaledwie jednej ciepłego prysznica.
Kamil
Wyświetl większą mapę
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz