sobota, 12 lutego 2011

Malezja - poezja

Z nieskazitelnego Singapuru dostaliśmy się do Malezji, w której głównym stylem architektonicznym jest styl rozpadającej się chaty. Przejazd przez most łączący wyspiarski Singapur z Półwyspem Malezyjskim, był dla nas takim samym szokiem jak przelot z Ameryki Południowej do Nowej Zelandii. Anuszce trochę brakowało toalet z krajów pierwszego świata. Oprócz tego, przez wrodzony pedantyzm cierpiała patrząc na wszechobecny bałagan. Pewnie gdybyśmy zostali tu jeszcze kilka dni, w końcu zaczęłaby sprzątać ulice. Ja natomiast rozkoszowałem się fotogenicznością każdego zakątka Malezji.



Naszym pierwszym przystankiem w drodze do Bangkoku była Malaka, pierwsza stolica Malezji. Najpierw byli tu Holendrzy, potem Portugalczycy, Brytyjczycy, aktualnie są tutaj Malajowie. Każda narodowość zostawiała tutaj swoje ślady. Portugalczycy zostawili po sobie na dnie morza szesnastowieczny statek. Dziś już nie na dnie morza, a w centrum miasta, można go zwiedzać i odwiedzać. Holendrzy zostawili typowe holenderskie kamienice. Natomiast Brytyjczycy zrujnowali portugalski kościół katolicki urządzając tam skład broni i prochu. Chińczycy wybudowali Chinatown, natomiast Malajowie wprowadzili najbardziej niezapomniane na świecie riksze. Każda z nich wyposażona w potężne głośniki nie pozwala przejść obok obojętnie. Grzechem byłoby nie wspomnieć tutaj o naszych braciach z Ameryki, którzy dołożyli kilkanaście McDonaldów, kilka KFC* i pewnie coś tam jeszcze.

Następnie dotarliśmy do stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Miasto opływa luksusem, a wisienką na torcie są wieże Petronas. Moim zdaniem najpiękniejsze drapacze chmur na świecie, a widziałem oprócz nich jeszcze dwa :). Wielkie wrażenie wywarła na nas jaskinia Batu, w której znajdowała się hinduistyczna świątynia. Wspiąć się do niej można było po kilkuset schodkach, a we wspinaczce towarzyszyły nam momentami bardzo bezczelne małpy.

Kolejnym przystankiem były Wzgórza Cameron w Malezji, znane z produkcji herbaty oraz truskawek. Oprócz truskawek z truskawek, można tam było kupić truskawki z pluszu, nadmuchiwane truskawki, truskawkowe breloczki i magnesy, parasolki i poduszki w truskawki. My kupiliśmy tylko jedno truskawkowe ciasteczko, z żenująco małą zawartością truskawek. ;) Największe wrażenie zrobiła na nas za to plantacja herbaty. Ponad stuletnia plantacja ulokowana na wzgórzach zapierała dech w piersiach. Razem z Anią zrywaliśmy młode listki z czubków herbacianych krzaków po to, żebyście mogli rozkoszować się wspaniałym smakiem i aromatem herbaty BOH.

Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy w Malezji była wyspa Penang. Zdecydowanie najbrudniejsza malezyjska miejscowość na naszej trasie. Na ulicach walały się śmieci i śmierdziało zgniłym jajem. Znaliśmy ten zapach już z Nowej Zelandii. Tam była to siarka, tutaj NA PEWNO - zgniłe jaja! O ile Ania przeklinała dzień, w którym postawiła nogę w Penangu, ja nie mogłem przestać pstrykać kolejnych zdjęć.

*Najlepsze KFC jest w Polsce!

Kamil











Pełny ekran

4 komentarze:

  1. Gdzieś podobne plantacje widziałem w Polsce.:)Nie dajcie się nabrać, żebyście nie wpadli w nałóg :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A to KFC nie jest wszędzie takie samo? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kamilek z tekściku na tekścik jest coraz lepszy. Widać połknął reporterskiego bakcyla. Córuś całego świata nie da się posprzątać, chociaż objechać w 80 dni i owszem. Całuski i już nie możemy się na Was doczekać. Odliczamy dni jak w wojsku.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wrocilem z nart po 9 dniach nieobecnosci i nie mam za duzo do nadrabiania zaleglosci... Nie chce Wam sie juz pisac? :P

    OdpowiedzUsuń